Чтение онлайн

ЖАНРЫ

Шрифт:

– Jestem got'ow nosi'c klode!

– Nie marud'z, zdechlaku – zbywa dobrodusznie moja propozycje starszy. – Muly se najpierw napompuj.

Za moimi plecami chrzaka brygadzista. Wszystko jasne, wieczorem moge sie spodziewa'c kolejnej procedury wychowawczej. I nie jest powiedziane, ze bede m'ogl potem stana'c w szeregu. Dobra, uznajmy, ze aluzje zrozumialem.

I zn'ow g'ora-d'ol. Na klatce schodowej huczy, to taranujacy zasuwaja. Gdzie sa teraz.? Czwarte? Wcze'snie, na razie nie bedziemy sie 'spieszy'c. Partner popycha mnie w plecy – no id'z, nie st'oj! Okej, biegne, juz biegne!

Huk taranu juz na trzecim pietrze. Zbiegam po schodach. W tumanach kurzu wida'c, jak brygada sie stara, z futryny leca szczapy. Czasami taran nie daje rady – zdarza sie, ze robia drzwi uczciwie. Wtedy chlopaki rozbijaja filar lub burza cze's'c 'sciany, w kt'ora wchodza rygle. W wiekszo'sci przypadk'ow, o ile wiem, wszystkie sa skonstruowane tak samo, to standardowe drzwi.

Drugie pietro. Pi'c mi sie chce, ze zaraz zdechne! Czuje sucho's'c w ustach. Wykorzystujac dogodny moment, zatrzymuje sie na schodach i pospiesznie pociagam z butelki. Zwykla woda pitna, taszcze cala skrzynke. To nie w'odka, nie wzbudza szczeg'olnego zainteresowania u straznik'ow. I zapachu nie bedzie.

– Ruszaj sie!

Taranujacy zbiegaja na pierwsze pietro. Teraz! Wymijajac ich, kopie pod kolano najblizszego. Ten wrzasnawszy glucho, traci r'ownowage, a ciezki stalowy kloc niebezpiecznie przechyla sie na bok.

Yes! Teraz upada drugi – podciecie, to przykra sprawa – i leci do przodu.

– Rwaama'c!

Inercja takiego drobiazdzku, to nie w kij dmuchal. Kloda swoja masa (plus m'oj cios noga) popycha pierwsza pare taranujacych. Z brzekiem wylatuje podw'ojna szyba. W 'slad za nia laduje kloda, ciagnac ze soba tragarzy, biegnacych na przedzie.

Przysiadam na balustradzie, obracam sie i zawisam na rekach. Troche w lewo… skok! Pod moimi nogami sprezynuje czyje's cialo. Dzieki, stary, zapewnile's mi miekkie ladowanie, na to liczylem!

Tej cze'sci budynku nikt nie pilnuje – wyj'scie jest z drugiej strony. A to znaczy, ze nikt nie moze mnie zatrzyma'c. Chyba ze kula. Skreciwszy za r'og, zatrzymuje sie na moment – zero strzal'ow, zero odglos'ow po'scigu. Znaczy, jak na razie mnie nie zlapali. I git. Babrzcie sie sami w swoim g'ownie!

To co zrobilby normalny czlowiek w mojej sytuacji? Jasna sprawa, ze wyrwalby do domu. Tia, i za daleko by nie uciekl. Malo to w okolicy kreci sie przer'oznych „makar'ow” z przydupasami. Jako's nie mam ochoty sprawdza'c, zamieni'c jeden barak na drugi, tez czemu's nie. Dlatego tez nie uciekamy.

Wybieram dom – zwykly czteropietrowiec – wspinam sie na balkon pierwszego pietra. Na moje szcze'scie lokatorzy z parteru zamontowali na swoim krate, kt'orej prety wykorzystuje jako drabine. Nie zeby sprawnie mi to szlo, ale jako's zalaze. Sil p'oki co mi nie brakuje. Klade sie, rozgladam. W szafce jakie's szmaty. O, toporek! Maly, i git, duzy nie jest mi specjalnie potrzebny. Puszka oleju maszynowego i rozne gospodarcze drobiazgi. Okej, to na p'o'zniej. Rzucam 'scierki na podloge i obficie polewam olejem. Dyskretnie sprawdzam, czy nikogo nie ma w poblizu. Czysto. Przyciskam natluszczony material do szyby, napieram – i trzeszczy wypchniete szklo. Jeszcze w szkole o tym czytalem. Tytul ksiazki: „Mloda Gwardia”. Tam napisano, ze szyba wybijana w taki spos'ob nie wydaje charakterystycznego d'zwieku. No i w zasadzie, autor nie sklamal. Ostroznie przelaze przez parapet. Gotowe, jestem w 'srodku, mam nadzieje, ze nikt z ulicy tego manewru nie zauwazyl. Teraz mozna sie rozejrze'c, byle tylko nie pokazywa'c sie w oknach. W kuchni odkrywam czerstwy bochenek, ugotowany makaron, dawno juz sple'snialy, i pare sloik'ow z domowymi kiszonkami. O pomidory! 'Swietnie, chleb sobie namocze w zalewie. Znalazlem tez troche wody, bedzie czym popi'c. Kran w odpowiedzi na przekrecenie kurka tylko smetnie zacharczal, w rurach pusto. No teraz to mozna spokojnie odetchna'c.

Uznaje, ze ucieczka sie udala. Improwizacja, ale innego wyj'scia nie bylo. Tak, uszkodzilem jednego z taranujacych, a drugiego, calkiem mozliwe, zabilem, skaczac na niego z p'olpietra. I niech sobie krzycza z oburzeniem straznicy moralno'sci, ja tam wyrzut'ow sumienia nie odczuwam. I w og'ole. Jeszcze dzi's w nocy moi, jak by to powiedzie'c, towarzysze niedoli trzymali mnie za rece i nogi, a w tym czasie jeden z nich mnie bil. I najwyra'zniej, zadne sumienie go nie dreczylo. Na polecenie brygadzisty, kt'ory's z taranujacych upu'scilby mi na noge ciezka stalowa belke i tez malo prawdopodobne, zeby to go zasmucilo. Zgi'n dzi's ty, a jutro ja! Wstrzymam sie na razie z umieraniem, nie mam ochoty dostarcza'c przyjemno'sci kudlatemu brygadzi'scie. No, mam nadzieje, ze teraz wpierdola mu w full HD.

Podalem bandytom sw'oj adres i calkiem mozliwe, ze kto's go zapamietal. A to oznacza, ze moga tam na mnie czeka'c. Na zdrowie, niech sobie nawet zagladaja do mieszkania, nie mam nic przeciwko. Dla mnie i tak nie ma tam nic cennego. Wszystko, co potrzeba da sie zdoby'c w innych miejscach, na przyklad w takich opuszczonych mieszkaniach. A co, tylko bandytom wolno szabrowa'c?

Ludzie Makara czyszcza domy systematycznie, niczego nie przepuszczajac. W takim tempie, zeby dotrze'c tutaj, musza jeszcze dlugo, dlugo drepta'c. A to znaczy, ze moge wyluzowa'c – blisko swoich wlo'sci na pewno nie bedzie mnie szukal. Za to, jak najbardziej jest w stanie wysla'c do mojego domu parke morderc'ow, ale tam czeka ich niepowodzenie – az tak jeszcze rozumu nie stracilem.

Spalem troche niespokojnie, w poblizu kto's wszczal strzelanine. Tyle dobrego, ze nie przy samym domu – zawsze co's. Kolejny raz przekonuje sie, ze trzeba stad splywa'c.

Przeszukanie mieszkania, przeprowadzone przez mnie metoda bandyt'ow, przynioslo mniej niz skromne rezultaty – najwyra'zniej mieszkali tu ludzie niebogaci. Opr'ocz kiszonych og'ork'ow, znalazlem jeszcze trzy sloiki jablek. Sajra, gorbusza, herbata. Swoja droga calkiem nie'zle. Cukier. I tak, ziarnko do ziarnka. Plaszcza nie wzialem, nie ta pora roku, za to kurtke sk'orzana (niechby i nie nowa) przygarnalem. But'ow w moim rozmiarze nie bylo, niestety.

I tak sobie siedzimy, nocy czekamy. Nie zebym mial wzrok jak sowa, ale przeciez inni tez nie beda mieli zadnej przewagi. Droge znam, pamie'c wzrokowa dopisuje. Wiec drobnym kroczkiem sie przekradne – byle w strone domu, z dala od tych terytori'ow.

Nie wiedzie'c kiedy przysnalem, wida'c nerwy nie wytrzymuja. Obudzilem sie, gdy ciemno's'c za oknem ukryla juz sasiedni dom. M'owiac wprost, nigdy nie podejrzewalem, jak ciemno moze by'c w mie'scie. Co by sie nie dzialo, zawsze jest tu jakie's 'swiatlo. Nawet w razie awarii zasilania w oknach co's sie 'swieci. A teraz ciemno's'c prawie absolutna! Ani plomyka, ani zar'owki! Az strach na to patrze'c.

I d'zwieki. W tym Tarkowie sa zupelnie inne. Nawet szum wiatru za oknem inaczej sie odbiera. Co's gdzie's skrzypi, pewnie drzwi – zapomnieli zamkna'c. Szelest wszystkich mozliwych 'smieci, rozwiewanych na wszystkie strony. Zadnych krok'ow ani d'zwieku silnika – nic.

Jednak pora sie ruszy'c. Dlugo tu nie przekantuje, co's trzeba je's'c. Je'sli wezme sie za pladrowanie mieszka'n, zawsze bedzie ryzyko, ze trafie na kogo's lepiej zorganizowanego w tym wzgledzie. Zn'ow zaproponuja mi d'zwiganie klody i to moze okaza'c sie jeszcze nie najgorszym wariantem. Dziekuje, postoje.

Nie wyszedlem przez balkon, po co's w ko'ncu wymy'slono drzwi. Zamek pro'sciutki. Przezornie go nie zamknalem, tylko zaklinowalem falke karteczka, zeby sie nie zatrzasnal przy zamykaniu. Taki sam papierek wsunalem w szczeline miedzy zawiasem a samymi drzwiami, by z kolei nie otworzyl ich wiatr. Przynajmniej nie od razu – trzeba zostawi'c sobie miejsce, do kt'orego bedzie mozna sprawnie sie zmy'c w razie potrzeby.

Na klatce schodowej bylo jako's tak upiornie, tutaj 'swist wiatru odczuwalem zupelnie inaczej niz w mieszkaniu. Ostroznie uchylam drzwi na dw'or, jaki's czas wytezam sluch – na razie nic nie wyczuwam.

Поделиться с друзьями: